Ssmak Aanioła

2007-02-08 14:22:26

Nigdy nie zdążyłem jej podziękować za to, co uczyniła. A zrobiła naprawdę wiele, choć sama uważała, że to nie ona, a ja tego dokonałem. Zaszczepiła we mnie swoją siłę walki o każdy dzień, podarowała mi swój uśmiech. Nie przypuszczałem, że ktoś może wpłynąć tak na moje życie, jednak ona dokonała tego. Pokazała, co jest w życiu cenne, co tak naprawdę oznacza istnienie ludzi.

Pamiętam ją świetnie - piękna, promienna dziewczyna. Czarne włosy, które zawsze starannie czesała, bursztynowe oczy i subtelne, delikatne rysy. Miała najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. Taka właśnie była Monika, gdy ją poznałem. Któregoś dnia pojawiła się w szpitalu, pełna życia i radości. Gdy ją zobaczyłem, stwierdziłem, że pobędzie tu kilka dni na badaniach, a potem zniknie, jak każda zdrowa osoba.

Miała pokój sama, na końcu korytarza, jako jedyna z oknem na park. Już pierwszego dnia przestawiła łóżko, by mogła widzieć świat, leżąc na nim. Sterta książek była staranie ułożona na szpitalnej półce, obok stało kilka maskotek, świeże kwiaty i zdjęcie, na którym było kilkanaście uśmiechniętych osób, a w samym środku Monika. Na nocnym stoliku leżał notatnik i srebrne pióro oraz pluszowy miś pilnujący pudełka czekoladek. Wchodząc do pomieszczenia, zdawało się już nie być w szpitalu, ale w domu.
Pamiętam również jej rodziców, to oni chcieli, by miała pokój sama. Szpital dawał taką możliwość, ale odpłatnie, nie sprawiało to dla nich większego problemu. Ojciec był znanym biznesmenem, a matka prowadziła swoją kwiaciarnię. Obydwoje na zmianę odwiedzali córkę, starając się, by miała zapewnioną najlepszą opiekę. Czasem przychodzili do pokoju ordynatora i rozmawiali z nim długo na temat jej opieki medycznej. Dziwiło mnie to, przecież jej nic chyba nie było.

Byłem młodym lekarzem, pracującym na oddziale w szpitalu. Psychologiem, który próbował złagodzić szok osób, które dowiedziały się o raku lub innej ciężkiej chorobie. Ludziom było to potrzebne, wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo. Pacjenci, dowiadując się o swej chorobie, zupełnie się załamywali i odcinali się od świata. Przestawali jeść, uśmiechać się. Chcieli tylko jak najmniej cierpieć.

Któregoś dnia przyszła do mnie matka Moniki ze łzami w oczach. Usiadła na krześle przy moim biurku i powiedziała niezwykle ciepłym głosem:
- Czy mógłby mi pan pomóc?
- Ależ oczywiście, proszę pani, w końcu od tego jestem. Co się stało?
Przez chwilę milczała, walcząc ze łzami. Patrzyła uparcie za okno, zdawało się, że nie może wypowiedzieć zdania. Robiła się coraz bledsza.
- Nic pani nie jest? – zapytałem, wstając z krzesła.
- Mi nic, ale mojej córce – rozpłakała się. – Monika ma raka mózgu.
Wręcz oniemiałem, od tygodnia widziałem tą dziewczynę i nic po niej nie było widać. Tryskała życiem.
- Czy ona o tym już wie?
- To znaczy domyśla się, gdyż słyszała część rozmowy mojego męża z ordynatorem. Pytała się nas, co jej jest, ale nie mamy serca jej powiedzieć – spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, błagała nim o pomoc.
- W takim razie chce pani, bym ja to zrobił? – wiedziałem, że to nie będzie proste.
- Tak.
- Wie pani, lepiej, jak powie jej ktoś bliski, nie ja. Mogę się zająć nią, przygotować, ale naprawdę łatwiej jej będzie, gdy usłyszy to z ust pani albo męża – podszedłem do okna. Zrobiło mi się żal tej dziewczyny.
- Myśli pan? Tylko ja nie potrafię zachować zimnej krwi, rozpłaczę się, mówiąc to.
- Ale ona łatwej to przyjmie, łzy to w tym wypadku nic złego, proszę pani – odwróciłem się do niej i próbowałem dodać otuchy.
- Może ma pan rację. Dziękuję – wymuszony uśmiech nie wyglądał zbyt dobrze, ale przecież nie mogłem jej winić, w końcu doznała szoku.

Wieczorem robiłem obchód. Dochodząc do pokoju Moniki, usłyszałem rozmowę jej i jej rodziców.
- Kochanie, ja wiem, że to nie jest proste, ale lekarze stwierdzili – głos matki zadrżał, słychać było, że powstrzymuje łzy. – Masz raka.
- Ale to nie jest poważne, jest szansa – ojciec od razu dodał, w obawie, że córa zacznie krzyczeć.
- Wiem – zdziwił mnie ton głosu dziewczyny, był pełen radości.
Zapanowała cisza, kobieta próbowała opanować łzy, a ojciec uspokajał ją. Zastanawiałem się, czy powinienem wejść i porozmawiać z nimi. W końcu zdobyłem się na odwagę i wszedłem do pomieszczenia.
- Dobry wieczór. Nie przeszkadzam? – zapytałem cicho.
- Dobry wieczór. Nie, miło pana widzieć – Monika powitała mnie ciepłym uśmiechem, nie było w nim ani odrobinę sztuczności.
- My właśnie wychodziliśmy – ojciec powiedział, gdyż wiedział, że jako psycholog będę się starał porozmawiać z dziewczyną.
Rodzice przegnali się z córką, która szepnęła im coś, po czym matka lekko się uśmiechnęła. Teraz patrzyła na mnie swoimi bursztynowymi oczami. Wstała i podeszła do mnie, wyciągnęła dłoń i powiedziała:
- Monika.
- Igor – zaskoczył mnie jej gest, zazwyczaj pacjenci nie chcą ze mną rozmawiać.
- Usiądzie pan? – serdeczność jej głosu sprawiała wrażenie, że ona jeszcze o niczym nie wie.
- Po prostu Igor, nie przedstawiłem się pan, tylko Igor – nie chciałem, by mówiła do mnie tak oficjalnie, zresztą nie była wiele młodsza ode mnie. Miała ok. 19 lat, a ja 28.
Przez chwilę panowała cisza, dziewczyna zapatrzyła się za okno.
- Masz wiele szczęścia, że twoje okna wychodzą na park, wiesz?
- Tak, ładny widok. A w dzień można patrzeć, jak bawią się tu dzieci z pobliskiego bloku – uśmiechnęła się znów, lecz tym razem do okna.
- A co teraz obserwujesz? – wstałem i podszedłem do okna.
- Drzewa.
- Ale co w nich ciekawego? – zdziwiłem się.
- Więcej, niż ci się wydaje. To, że są, że dają tlen, ale i ich kolor liści przynosi ukojenie, a jesienią ożywa krajobraz.
- Wiesz, nie pomyślałbym o tym.
- Tak jak większość ludzi nie docenia znaczenia rzeczy, które mijają codziennie. Dla nich są takie zwykłe, ale co by było, gdyby nagle znikły? – odwróciła wzrok w moją stronę. – Czekoladkę?
- Nie, dziękuję. Wiesz, trafnie to ujęłaś.
- Ale chyba nie przyszedłeś tu rozmawiać o drzewach?
- Tak – wróciłem na krzesło i zbierałem siły w sobie. Co mam jej powiedzieć? Nigdy dotąd nie miałem z tym problemu. Ale ona nie przejmowała się chorobą.
- Chodzi o to, że jestem chora? Po co chcesz o tym rozmawiać? – jej głos był taki ciepły i przyjemny, a uśmiech wręcz zaraźliwy.
- Tak, chciałbym ci pomóc - spojrzałem na nią. – Ale chyba nie jest ci to potrzebne?
- Nie, nie jestem załamana tym, że mam raka. Nie winię za to nikogo, to tylko choroba, a nie koniec świata. Z tym można żyć.
Znów zamilkłem, przecież gdybym ja się dowiedział, że mam raka mózgu, traktowałbym to jak wyrok. Załamałbym się, poddał. Przestałbym się cieszyć, gdy patrzyłbym na drzewa. Ale ona była inna, zupełnie inna niż wszyscy chorzy, jakich dane mi było spotkać. Tak zaczęła się moja praca z Moniką, może nie praca, gdyż był to początek przyjaźni.

Odkąd się pojawiła, wszystko uległo zupełnej zmianie, właściwe nic nie było już takie same. Monika potrafiła zarażać ludzi uśmiechem, była otwarta, więc w jej pokoju przesiadywali wszyscy, którzy tego potrzebowali. Nigdy nikomu nie odmówiła, zawsze można było usiąść w jej pokoju i poczęstować się czekoladką. W pewnym sensie czułem się niepotrzebny, ona wszystkim pomagała przebrnąć przez trudny okres pogodzenia się z chorobą. Mimo że tak bardzo się starałem, była lepsza. Podziwiałem ją za wewnętrzną siłę i chęć walki o każdy uśmiech ludzki.

Nigdy nie widziałem, by była smutna. Zawsze wesoła, rozbawiona, piękna dziewczyna. Wszyscy ją kochaliśmy, jakby była częścią każdego, tworzyliśmy z nią jedną rodzinę i to było piękne. Każdego dnia, gdy tylko wstała, promieniowała radością, tak było od świtu do nocy. Wszyscy ją lubili, byli weseli przy niej. Oddział, gdzie ludzie umierali, nie był tak ponury jak kiedyś, ona dodała mu życia. Nauczyła cieszyć się każdym dniem ludzi chorych.

Któregoś dnia musiałem jej powiedzieć, że czeka ją chemia, gdyż rak zaczął rosnąć, więc trzeba coś zrobić, by go powstrzymać. Wszedłem do pokoju, siedziała sama, rysując coś. Jej pokój był pełen pięknych rysunków, a na stole leżał plik wierszy i opowiadań. Dziwiło mnie, że znajduje czas na wszystko.
Gdy tylko mnie spostrzegła, uśmiechnęła się i natychmiast odłożyła blok. Zaczęła przez chwilę grzebać w papierach, a ja przez ten czas siedziałem na łóżku.
- Dobrze cię widzieć, mam coś dla ciebie – podała mi rysunek.
- Dziękuję – spojrzałem na pracę i oniemiałem – siedziałem smutny na ławce w parku. Moje oczy bez wyrazu spoglądały na anielicę o długich złotych włosach, która podawała mi dłoń i uśmiechała się serdecznie. – Jest piękny.
- Potrzebujesz takiego kogoś, jesteś zagubiony i nie zauważasz radości życia. Wiem, po co tu przyszedłeś, chemia poczeka.
- Ale… Skąd wiedziałaś? – spojrzałem na nią zdziwiony.
- Masz to wypisane na twarzy, jak i to, że nie jesteś szczęśliwy – usiadła obok mnie, podając mi pudełko czekoladek. – Spróbuj, to czasem pomaga.
- Ale nie powinnaś się tym interesować, masz własne problemy – poczęstowałem się kawałkiem.
- Nie mam i powinnam, bo nie czerpiesz z życia tego, co dobre.
- Jak mam czerpać, jeśli życie mi dopieka? – zapytałem nieświadomie. – Jeśli wszystko się psuje?
- Tobie życie dopieka, tak? – spojrzała na mnie przez chwilę zdumiona. – To nie ty masz raka i to nie ty umierasz.
Zamilkłem, nie wiedziałem, co mam jej powiedzieć, przecież powiedziała prawdę. Ona była w gorszej sytuacji, a tryskała wielką energią i siłą.
- Nie musisz liczyć dni do końca, nie sprawia ci bólu każda głębsza myśl, nie cierpisz na bezsenność. No i co ważniejsze możesz wrócić do domu. I powiadasz, że tobie życie dopieka? – Spojrzała na mnie z uśmiechem, mimo powagi słów nie była zła ani smutna.
- Ale… Sam nie wiem, odkąd cię poznałem, dziwi mnie twój optymizm, przecież nie masz powodów do radości, bo jesteś chora.
- Właśnie tym bardziej mam, przecież nie wiem, jak długo będę żyć. Może tydzień, miesiąc, rok. Przez to chcę przeżyć życie jak najpiękniej – wstała i podeszła do półki z książkami. – Żyję tak, jakby jutro miało nie nadejść.
- Ale ja tak nie potrafię.
- Ależ potrafisz, tylko nie chcesz, bo łatwiej się smucić. Gdyż uśmiech wiele kosztuje, gdy jest ci źle. Ale pamiętaj, uśmiech jest tańszy od elektryczności, a daje więcej światła – wyjęła gruby notatnik i otworzyła na pierwszej stronie.
- Podziwiam cię za to, co robisz, jesteś lepszym psychologiem niż ja. Wszyscy przy tobie odżywają – łza zakręciła mi się w oku, gdyż miała rację.
- Nie, nie jestem lepsza. Po prostu zarażam ludzi chorobą zwaną uśmiechem. Poświęcam im czas, bo jest im to potrzebne. Wiesz, czemu wydaje ci się, że jestem lepsza? Bo ty witasz wszystkich smutną miną, a ja uśmiechem. Spróbuj to zmienić, a zobaczysz – usiadła przy mnie i podała mi książkę. – Przeczytaj.
- Obiecuję spróbować i dziękuję za rysunek. Jak przeczytam, to ci oddam – wstałem i chciałem wyjść.
- Nie, zatrzymaj, mi to już niepotrzebne – uśmiechnęła się do mnie i wróciła do rysowania.

Zabrałem się za czytanie jeszcze tego samego dnia. Monika opisywała w nim szczęście. Wszystko, co jej przynosiło radość każdego dnia. Był to rodzaj pamiętnika, ale skupiła się bardziej na radości płynącej z życia. Wzruszył mnie początek:
„Człowiek powiedział:
I Bóg podarował mu muśnięcie motyla, ale człowiek był zbyt zajęty sobą, by go zauważyć. Po raz drugi zwrócił się do Boga: Boże, spraw cud, bym wiedział, że istniejesz.
I Bóg sprawił cud, ofiarował człowiekowi kolejny piękny dzień, jednak i tym razem człowiek go nie zauważył.”

Zacząłem się zastanawiać, czy ja zauważam takie rzeczy. Stwierdziłem, że nie. Wieczorem, gdy wracałem do domu, podziwiałem niebo. Cieszyło mnie jego piękno, od dawna nie cieszyła mnie rzecz, którą widzę na co dzień. Przecież było to coś wyjątkowego, co dane nam jest każdej nocy, gwiazdy dekorują nam czerń, by niebo nie było smutne.

Coraz bardziej zacząłem wierzyć w siebie i coraz szczęśliwszy się stawałem. Wreszcie pomagałem ludziom tak, jak powinienem, byłem dumny, że dzięki mnie łatwiej im się pogodzić z losem. Wydrukowałem najpiękniejsze fragmenty z tego, co napisała Monika w notatniku i dawałem pacjentom. Ale i rozmawiałem dużo z tą dziewczyną. Była mi bliska, naprawdę była moją przyjaciółką.

Po którejś chemii zmieniła się nie do poznania, była blada i łysa, co przykrywała chustą. Było mi jej szkoda, ale ona nadal była pełna wiary i siły, choć czasem zdawało mi się, że w jej oczach widzę zwątpienie. Podziwiałem ją za to, co robi, za to, że nigdy nie jest smutna. Zdawałem sobie sprawę, że wiele ją to kosztuje, bo mi uśmiech nie zawsze chciał „wejść” na twarz.

Wszystko wydawało się być takie jak dawniej, nadal była pełne energii i życia, ale umierała. Lekarze zwiększali środki przeciwbólowe, jednak to niewiele dawało. Każdego dnia z większym trudem poruszała się, jednak uśmiech nie znikał z jej twarzy.
Któregoś dnia przy rozmowie z nią usłyszałem:
- Wiesz, zastanawiałam się, czy teraz jesteś szczęśliwy.
- Tak, naprawdę wiele mi dałaś – spojrzałem na nią pełen troski i przytuliłem jak siostrę. – Jesteś moim aniołkiem z rysunku.
- Ale ja nie mam skrzydeł, więc być nim nie mogę.
- Ale jesteś. Wiesz, muszę się o coś ciebie spytać.
- Słucham - usiadła na łóżku.
- Co daje ci taką siłę, by walczyć z bólem? By dawać ludziom uśmiech?
- Świadomość, że jeśli się poddam to umrę. Czy to ważne? – rozsiadła się na łóżku.
- Po prostu chciałem wiedzieć.
- To mi daje siłę. Taki mały narkotyk radości – podała mi pudełko czekoladek. – I uśmiech każdego człowieka, jakiemu pomagam.
- Wiesz, myślałem nad tym, co dla mnie zrobiłaś i dla innych – poczęstowałem się jedną czekoladką.
- I?
- Cud, pokazałaś wszystkim radości płynące z życia. Dałaś nam uśmiech. Czemu nie żądasz nic w zamian?
- Ale ja dostałam przyjaciół, to jest wystarczające wynagrodzenie – uśmiechnęła się do mnie.

Przez chwilę patrzyłem na nią ze smutkiem, przecież gasło w niej życie. Wiedziałem, że wiele czasu już jej nie zostało. Chemia wyniszczyła jej organizm, a mimo to miała nadal swój urok, a oczy błyszczały pełnią radości i chęci do życia.
- Obiecaj, że jeśli ci coś pokażę, zachowasz to tylko dla siebie.
- Obiecuję.
- Pomożesz mi, prawda? – sięgnęła pod łóżko i wyjęła opatulonego gołąbka z połamanym skrzydłem. – Jest piękna, wiesz, jak śnieżka.
- Skąd ją masz? – spojrzałem na ptaka.
- Wpadła dziś rano do pokoju, była przerażona – odsłoniła skrzydełko. – Chciałabym cię prosić, byś jej pomógł.
- Postaram się. A jakoś ją nazwałaś?
- Śnieżka, bo jest biała i piękna. W sumie to chciałabym, byś ją wziął do domu, szpital to złe miejsce dla gołąbka.
- Ale przecież... – nie umiałem jej odmówić.
- Ona nie ma nikogo, a z tego, co wiem, ty też nie. Pasujecie do siebie – uśmiechnęła się. – Zobaczysz, ile radości ci przyniesie, gdy będziesz patrzyć, jak zdrowieje.
- Dobrze, myślę, że sobie poradzę.

Tego dnia zabrałem Śnieżkę do domu, zaopiekowałem się nią. Często opowiadałem Monice o tym, jak się teraz czuje, lubiła tego słuchać. A mi było weselej, gdy wchodząc do domu, słyszałem, jak wesoło grucha. Czułem się mniej samotny. Z dnia na dzień odżywałem, przestawałem się zamartwiać wszystkim, zacząłem czerpać radość z życia. Znalazłem sobie dziewczynę, miałem Monikę, moją kochaną siostrę. Czułem się szczęśliwy. Tak minęło lato, 3 istoty odgrywały ważna rolę w moim życiu. Ewa, Monika, no i Śnieżka.

Pewnego dnia, gdy gołębica wyzdrowiała, przyniosłem ją chorej dziewczynie. Śnieżka od razu ją poznała i równie przyjaźnie jak do mnie zaczęła gruchać. Monika przytuliła ją do siebie, po czym powiedziała:
- Czas ją wypuścić.
- Ale... – nie chciałem tego, Śnieżka była mi bliska.
- Wiem, to nie jest łatwe, ale taka jest kolej rzeczy. Musisz dać jej odejść, dałeś jej wystarczająco dużo miłości, by Cię zapamiętała, szybując w przestworzach. Zobaczysz, ona zawsze będzie tutaj w okolicy – postawiła Śnieżkę przy zakratowanym oknie.
- Masz rację, pójdziesz wypuścić ją ze mną.
- A nie chciałbyś pójść z Ewą?
- Nie – zrozumiałem, że ona przygotowuje mnie do swego odejścia. Byłem jej to winny.
- Igor, dziękuję, tak dawno nie wychodziłam na dwór.
- Niestety, mogę ci tylko zaproponować spacer po parku.
- Wystarczy - dziewczyna szybko ubrała buty i wzięła Śnieżkę.
Po chwili byliśmy przy fontannie, głaskaliśmy gołąbka, który wiedział, że zaraz poleci. Spokojnie rozprostowywał skrzydła.
- Żegnaj – Monika pocałowała główkę Śnieżki i rzuciła ją w górę.
- Pomyślnych wiatrów – wyszeptałem, patrząc jak ptak znika nam z pola widzenia.
Obydwoje milczeliśmy, patrząc w niebo, było coś pięknego w tej ciszy. Po pewnym czasie zapytała się mnie:
- Myślisz, że jak tam jest?
- Gdzie?
- Tam, na górze – wskazała na niebo.
- Nie wiem, ale myślę, że pięknie – odparłem zdziwiony.
- A jeśli nie? – spojrzała na mnie.
- Czemu pytasz?
- Bo przyjdzie mi tam pójść. A chcę wiedzieć, czy tam jest ładnie.
- Nie wiem, ale pewnie tak. Czemu o tym myślisz?
- Kiedyś muszę, w końcu wiele czasu mi nie pozostało.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Bo czuję – na jej twarzy pojawił się smutek.
- Monika, nie wiesz, ile masz czasu.
- Wiem, już nic mnie tu nie trzyma. Igor, dziękuję – chwyciła moją dłoń.
- Co ty wygadujesz? Za co? Przecież ja nic nie zrobiłem – byłem zupełnie zdezorientowany tą rozmową, nie chciałem myśleć, że ona może odejść.
- Więcej niż myślisz – powiedziała, zatapiając się w błękicie.
- Wiesz, myślę, że tam jest naprawdę pięknie, skoro tutaj z Ziemi tak to wygląda.
- Polecę jak Śnieżka w nieznane…
Nie odpowiedziałem nic, sam zatopiłem się w myślach, co będzie, jeśli odejdzie. Wiedziałem, że długo to już nie potrwa. Czasem na jej twarzy pojawiał się grymas wielkiego bólu, ale mimo to walczyła nadal i nie chciała się poddać tak łatwo.

Kolejnego dnia szczęśliwy wszedłem do pracy, jednak nikt nie odwzajemnił mojego uśmiechu, wszyscy byli dziwni. Poszedłem do pokoju Moniki i przeżyłem szok, łóżko było puste, a salowa wraz z matką pakowała rzeczy.
- Gdzie ona jest?! – krzyknąłem.
- Igor, przykro mi – powiedziała matka dziewczyny, zalewając się łzami. – Odeszła dziś w nocy.
- Nie, to niemożliwe! – czułem, że sam też płaczę.
- Napisała na kartce coś dla ciebie – kobieta podała mi wydarty kawałek papieru.

„Ty dawałeś mi siłę i motywację. Bo byłeś moją zagubioną bratnią duszą. Chciałam być Twym aniołem stróżem” – przeczytałem to i poczułem radość, gdyż ona naprawdę nim była, wiedziała, że to mnie dręczy i zostawiła mi odpowiedź.

Teraz pamiętam nasze wszystkie rozmowy, jakby to było wczoraj. Ją również pamiętam i ten uśmiech, który nazywała chorobą. Rysunek wisi u mnie na ścianie tak jak 100 innych, jakie jej rodzice mi podarowali. Ale ten z aniołem jest mi najcenniejszy. Zmieniła moje życie, a ja nie zdążyłem jej podziękować, choć ona wie, że jestem jej wdzięczny. Udowadniam to każdego dnia, gdy cieszę się z każdego promyka słońca. Wiem, że ona czuwa nade mną i moją rodziną. Była moim ziemskim aniołem przewodnikiem. Teraz rozumiem jej słowa w parku, że już nic jej nie trzyma. Żyła, bo wiedziała, że musi nauczyć mnie cieszyć się życiem. A gdy to uczyniła, mogła odejść spokojnie. Nie tylko mnie pomogła, ale i wielu osobom na oddziale. Za to jej dziękuję, gdziekolwiek jest. Czasem sięgam po jej narkotyk radości – czekoladę, którą zawsze częstowała ludzi.
Tak wygląda smak prawdziwego anioła...

skomentuj (4)
Strona główna