Nie mówiąc nic rzucam się w otchłań
Wspomnień i przeżyć.
Nie mówiąc nic chowam je głęboko
W czarną dziurę mego serca.
Nie mówiąc nic zapominam
By dać Ci szczęście.
Nie mówiąc nic wycieram łzy
Parzące mój policzek.
Nie mówiąc nic, jestem kimś nowym
Nie znającym życia.
Nie mówiąc nic odrzucam Was
Moi dawni towarzysze życia.
Nie mówiąc nic – wybaczcie.
Pozwólcie żyć mi w szczęściu..
Tylko.. nie mówmy nic.
Szczęśliwa być powinnam. No i jestem. Tylko są momenty, w których nie potrafię sobie z tym poradzić. Są momenty, w których łzy cisną się same do oczu. Bo o ile prościej byłoby mi, gdybym miała tą cholerną pewność, że potrzebna jestem. Potrzebna i kochana. Niektóre tłumaczenia nie trafiają do mnie, niektóre moje wypowiedzi na temat tego co myślę i czuję,co mnie boli i męczy zostają zabite w zalążku, a niektóre są wysłuchane ale pozostają bez echa. Nie chce marudzić, nie chcę narzekać. Ja wiem, że to wiele psuje i ja wiem że to niepotrzebne. Ale wiem też , że mogłoby tego nie być, gdybym słyszała coś, co chciałabym usłyszeć kiedy o to pytam/proszę. Potrzebuję poczuć że jestem po coś i dla kogoś, bez względu na to jak daleko czy blisko jestem. Ja wiem, że lepiej jest być blisko i czuć. Ja wiem, że wtedy jest prościej. Ale ja wiem też, że można czuć się potrzebną, jedyną i kochaną, bedąc daleko. Uczucia i myśli nie zmieniają się z dnia na dzień, ani z kilometra na kilometr. Ja wiem, że to co czuję i myślę bedąc blisko, czuję i myślę też na drugim końcu świata. Tylko dlaczego tak cholernie trudno osiagnąć to z obu stron? Dlaczego tak cholernie trudno żyć w niepewności? Dlaczego tak boli domyślanie się?
Przede wszystkim chcę wiedzieć, czemu psuję wszystko co kocham i na czym mi zależy. A przynajmniej takie wrażenie odbieram.