Od dłuższego czasu gromadzę w sobie wszystkie smutki, problemy i klęski... Nazbierało się ich tyle, że zaczęło zmieniać moje 'ja'. Ciągle staram się uczyć na błędach. Wiem, że niektóre z nich popełniam w dalszym ciągu, ale taki urok głupich nastolatków (wagary, bunty, itp.) ale do tego raczej tak wielkiej wagi nie przykładam. Wiem, że to kolejna rzecz, którą robię źle... Usprawiedliwiam się wiekiem i myślą, że jeszcze wszystko przede mną... to też źle. Mój entuzjazm i chęć by cokolwiek zrobić by było lepiej spadł poniżej zera. Trzymam w sobię taką osobistą 'puszkę Pandory' i to mnie uwiera. Ktoś by mógł mi poradzić bym się komuś zwierzyła... ale ja nie ufam nikomu. Nawet własnej matce... :( Nauczyła mnie, że powierzenie komuś tego co boli, obróci się przeciw. Po co mi problemy o 2 razy większej mocy? Wystarczy mi to co mam... i tyle za dużo. Tylko jakie problemy może mieć jakaś 18latka? Jestem pewna że większośc będzie brzmiała śmiesznie i błacho, bo ani słowa, ani litery nie oddadzą uczuć. Może dlatego też zamknęłam to w sobie... Im dłużej, tym więcej. Im wiecej, tym gorzej...
To jeszcze nie koniec notki... Zajżę tu napewno bardzo prędko, bo mimo to że jest to publiczny blog, czuję że moje zapiski w jakims stopniu mi ulżą.