Wiesz znalazłem lepszy świat
Tam nie będziesz się już bać
Tam inaczej płyną dni
Jeśli chcesz pokaże ci
Zostaw wszystko tak jak jest
Nic nam nie potrzebne jest
Tylko cicho zamknij drzwi
Uciekniemy ja i ty
Zabierz mnie na drugi brzeg
chcę być przy Tobie
Za Ciebie oddam życie me,
nie boję się
Zabierz mnie daleko gdzieś,
wszystko mi jedno,
I nie opuszczaj nigdy mnie, gdy będzie źle, bo wiesz,
Bo wiesz, za tysiąc lat nie będzie nikt pamiętał nas
Tym jednym życiem trzeba żyć, beztrosko śnić i iść
Dopóki płynie nasza krew, dopóki Ciebie mam, Ty mnie
Nikt nie pokona nigdy nas, nie maja szans, nie mają szans
I odpłyniemy kiedyś razem
W ta ostatnia podroż do gwiazd
Niepokonani na pewno już zawsze na pewno
Bo wiesz, za tysiąc lat nie będzie nikt pamiętał nas
Tym jednym życiem trzeba żyć, beztrosko śnić i iść
Dopóki płynie nasza krew, dopóki Ciebie mam, Ty mnie
Nikt nie pokona nigdy nas, nie maja szans, nie mają szans
Nigdy nie zdążyłem jej podziękować za to, co uczyniła. A zrobiła naprawdę wiele, choć sama uważała, że to nie ona, a ja tego dokonałem. Zaszczepiła we mnie swoją siłę walki o każdy dzień, podarowała mi swój uśmiech. Nie przypuszczałem, że ktoś może wpłynąć tak na moje życie, jednak ona dokonała tego. Pokazała, co jest w życiu cenne, co tak naprawdę oznacza istnienie ludzi.
Pamiętam ją świetnie - piękna, promienna dziewczyna. Czarne włosy, które zawsze starannie czesała, bursztynowe oczy i subtelne, delikatne rysy. Miała najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. Taka właśnie była Monika, gdy ją poznałem. Któregoś dnia pojawiła się w szpitalu, pełna życia i radości. Gdy ją zobaczyłem, stwierdziłem, że pobędzie tu kilka dni na badaniach, a potem zniknie, jak każda zdrowa osoba.
Miała pokój sama, na końcu korytarza, jako jedyna z oknem na park. Już pierwszego dnia przestawiła łóżko, by mogła widzieć świat, leżąc na nim. Sterta książek była staranie ułożona na szpitalnej półce, obok stało kilka maskotek, świeże kwiaty i zdjęcie, na którym było kilkanaście uśmiechniętych osób, a w samym środku Monika. Na nocnym stoliku leżał notatnik i srebrne pióro oraz pluszowy miś pilnujący pudełka czekoladek. Wchodząc do pomieszczenia, zdawało się już nie być w szpitalu, ale w domu.
Pamiętam również jej rodziców, to oni chcieli, by miała pokój sama. Szpital dawał taką możliwość, ale odpłatnie, nie sprawiało to dla nich większego problemu. Ojciec był znanym biznesmenem, a matka prowadziła swoją kwiaciarnię. Obydwoje na zmianę odwiedzali córkę, starając się, by miała zapewnioną najlepszą opiekę. Czasem przychodzili do pokoju ordynatora i rozmawiali z nim długo na temat jej opieki medycznej. Dziwiło mnie to, przecież jej nic chyba nie było.
Byłem młodym lekarzem, pracującym na oddziale w szpitalu. Psychologiem, który próbował złagodzić szok osób, które dowiedziały się o raku lub innej ciężkiej chorobie. Ludziom było to potrzebne, wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo. Pacjenci, dowiadując się o swej chorobie, zupełnie się załamywali i odcinali się od świata. Przestawali jeść, uśmiechać się. Chcieli tylko jak najmniej cierpieć.
Któregoś dnia przyszła do mnie matka Moniki ze łzami w oczach. Usiadła na krześle przy moim biurku i powiedziała niezwykle ciepłym głosem:
- Czy mógłby mi pan pomóc?
- Ależ oczywiście, proszę pani, w końcu od tego jestem. Co się stało?
Przez chwilę milczała, walcząc ze łzami. Patrzyła uparcie za okno, zdawało się, że nie może wypowiedzieć zdania. Robiła się coraz bledsza.
- Nic pani nie jest? – zapytałem, wstając z krzesła.
- Mi nic, ale mojej córce – rozpłakała się. – Monika ma raka mózgu.
Wręcz oniemiałem, od tygodnia widziałem tą dziewczynę i nic po niej nie było widać. Tryskała życiem.
- Czy ona o tym już wie?
- To znaczy domyśla się, gdyż słyszała część rozmowy mojego męża z ordynatorem. Pytała się nas, co jej jest, ale nie mamy serca jej powiedzieć – spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, błagała nim o pomoc.
- W takim razie chce pani, bym ja to zrobił? – wiedziałem, że to nie będzie proste.
- Tak.
- Wie pani, lepiej, jak powie jej ktoś bliski, nie ja. Mogę się zająć nią, przygotować, ale naprawdę łatwiej jej będzie, gdy usłyszy to z ust pani albo męża – podszedłem do okna. Zrobiło mi się żal tej dziewczyny.
- Myśli pan? Tylko ja nie potrafię zachować zimnej krwi, rozpłaczę się, mówiąc to.
- Ale ona łatwej to przyjmie, łzy to w tym wypadku nic złego, proszę pani – odwróciłem się do niej i próbowałem dodać otuchy.
- Może ma pan rację. Dziękuję – wymuszony uśmiech nie wyglądał zbyt dobrze, ale przecież nie mogłem jej winić, w końcu doznała szoku.
Wieczorem robiłem obchód. Dochodząc do pokoju Moniki, usłyszałem rozmowę jej i jej rodziców.
- Kochanie, ja wiem, że to nie jest proste, ale lekarze stwierdzili – głos matki zadrżał, słychać było, że powstrzymuje łzy. – Masz raka.
- Ale to nie jest poważne, jest szansa – ojciec od razu dodał, w obawie, że córa zacznie krzyczeć.
- Wiem – zdziwił mnie ton głosu dziewczyny, był pełen radości.
Zapanowała cisza, kobieta próbowała opanować łzy, a ojciec uspokajał ją. Zastanawiałem się, czy powinienem wejść i porozmawiać z nimi. W końcu zdobyłem się na odwagę i wszedłem do pomieszczenia.
- Dobry wieczór. Nie przeszkadzam? – zapytałem cicho.
- Dobry wieczór. Nie, miło pana widzieć – Monika powitała mnie ciepłym uśmiechem, nie było w nim ani odrobinę sztuczności.
- My właśnie wychodziliśmy – ojciec powiedział, gdyż wiedział, że jako psycholog będę się starał porozmawiać z dziewczyną.
Rodzice przegnali się z córką, która szepnęła im coś, po czym matka lekko się uśmiechnęła. Teraz patrzyła na mnie swoimi bursztynowymi oczami. Wstała i podeszła do mnie, wyciągnęła dłoń i powiedziała:
- Monika.
- Igor – zaskoczył mnie jej gest, zazwyczaj pacjenci nie chcą ze mną rozmawiać.
- Usiądzie pan? – serdeczność jej głosu sprawiała wrażenie, że ona jeszcze o niczym nie wie.
- Po prostu Igor, nie przedstawiłem się pan, tylko Igor – nie chciałem, by mówiła do mnie tak oficjalnie, zresztą nie była wiele młodsza ode mnie. Miała ok. 19 lat, a ja 28.
Przez chwilę panowała cisza, dziewczyna zapatrzyła się za okno.
- Masz wiele szczęścia, że twoje okna wychodzą na park, wiesz?
- Tak, ładny widok. A w dzień można patrzeć, jak bawią się tu dzieci z pobliskiego bloku – uśmiechnęła się znów, lecz tym razem do okna.
- A co teraz obserwujesz? – wstałem i podszedłem do okna.
- Drzewa.
- Ale co w nich ciekawego? – zdziwiłem się.
- Więcej, niż ci się wydaje. To, że są, że dają tlen, ale i ich kolor liści przynosi ukojenie, a jesienią ożywa krajobraz.
- Wiesz, nie pomyślałbym o tym.
- Tak jak większość ludzi nie docenia znaczenia rzeczy, które mijają codziennie. Dla nich są takie zwykłe, ale co by było, gdyby nagle znikły? – odwróciła wzrok w moją stronę. – Czekoladkę?
- Nie, dziękuję. Wiesz, trafnie to ujęłaś.
- Ale chyba nie przyszedłeś tu rozmawiać o drzewach?
- Tak – wróciłem na krzesło i zbierałem siły w sobie. Co mam jej powiedzieć? Nigdy dotąd nie miałem z tym problemu. Ale ona nie przejmowała się chorobą.
- Chodzi o to, że jestem chora? Po co chcesz o tym rozmawiać? – jej głos był taki ciepły i przyjemny, a uśmiech wręcz zaraźliwy.
- Tak, chciałbym ci pomóc - spojrzałem na nią. – Ale chyba nie jest ci to potrzebne?
- Nie, nie jestem załamana tym, że mam raka. Nie winię za to nikogo, to tylko choroba, a nie koniec świata. Z tym można żyć.
Znów zamilkłem, przecież gdybym ja się dowiedział, że mam raka mózgu, traktowałbym to jak wyrok. Załamałbym się, poddał. Przestałbym się cieszyć, gdy patrzyłbym na drzewa. Ale ona była inna, zupełnie inna niż wszyscy chorzy, jakich dane mi było spotkać. Tak zaczęła się moja praca z Moniką, może nie praca, gdyż był to początek przyjaźni.
Odkąd się pojawiła, wszystko uległo zupełnej zmianie, właściwe nic nie było już takie same. Monika potrafiła zarażać ludzi uśmiechem, była otwarta, więc w jej pokoju przesiadywali wszyscy, którzy tego potrzebowali. Nigdy nikomu nie odmówiła, zawsze można było usiąść w jej pokoju i poczęstować się czekoladką. W pewnym sensie czułem się niepotrzebny, ona wszystkim pomagała przebrnąć przez trudny okres pogodzenia się z chorobą. Mimo że tak bardzo się starałem, była lepsza. Podziwiałem ją za wewnętrzną siłę i chęć walki o każdy uśmiech ludzki.
Nigdy nie widziałem, by była smutna. Zawsze wesoła, rozbawiona, piękna dziewczyna. Wszyscy ją kochaliśmy, jakby była częścią każdego, tworzyliśmy z nią jedną rodzinę i to było piękne. Każdego dnia, gdy tylko wstała, promieniowała radością, tak było od świtu do nocy. Wszyscy ją lubili, byli weseli przy niej. Oddział, gdzie ludzie umierali, nie był tak ponury jak kiedyś, ona dodała mu życia. Nauczyła cieszyć się każdym dniem ludzi chorych.
Któregoś dnia musiałem jej powiedzieć, że czeka ją chemia, gdyż rak zaczął rosnąć, więc trzeba coś zrobić, by go powstrzymać. Wszedłem do pokoju, siedziała sama, rysując coś. Jej pokój był pełen pięknych rysunków, a na stole leżał plik wierszy i opowiadań. Dziwiło mnie, że znajduje czas na wszystko.
Gdy tylko mnie spostrzegła, uśmiechnęła się i natychmiast odłożyła blok. Zaczęła przez chwilę grzebać w papierach, a ja przez ten czas siedziałem na łóżku.
- Dobrze cię widzieć, mam coś dla ciebie – podała mi rysunek.
- Dziękuję – spojrzałem na pracę i oniemiałem – siedziałem smutny na ławce w parku. Moje oczy bez wyrazu spoglądały na anielicę o długich złotych włosach, która podawała mi dłoń i uśmiechała się serdecznie. – Jest piękny.
- Potrzebujesz takiego kogoś, jesteś zagubiony i nie zauważasz radości życia. Wiem, po co tu przyszedłeś, chemia poczeka.
- Ale… Skąd wiedziałaś? – spojrzałem na nią zdziwiony.
- Masz to wypisane na twarzy, jak i to, że nie jesteś szczęśliwy – usiadła obok mnie, podając mi pudełko czekoladek. – Spróbuj, to czasem pomaga.
- Ale nie powinnaś się tym interesować, masz własne problemy – poczęstowałem się kawałkiem.
- Nie mam i powinnam, bo nie czerpiesz z życia tego, co dobre.
- Jak mam czerpać, jeśli życie mi dopieka? – zapytałem nieświadomie. – Jeśli wszystko się psuje?
- Tobie życie dopieka, tak? – spojrzała na mnie przez chwilę zdumiona. – To nie ty masz raka i to nie ty umierasz.
Zamilkłem, nie wiedziałem, co mam jej powiedzieć, przecież powiedziała prawdę. Ona była w gorszej sytuacji, a tryskała wielką energią i siłą.
- Nie musisz liczyć dni do końca, nie sprawia ci bólu każda głębsza myśl, nie cierpisz na bezsenność. No i co ważniejsze możesz wrócić do domu. I powiadasz, że tobie życie dopieka? – Spojrzała na mnie z uśmiechem, mimo powagi słów nie była zła ani smutna.
- Ale… Sam nie wiem, odkąd cię poznałem, dziwi mnie twój optymizm, przecież nie masz powodów do radości, bo jesteś chora.
- Właśnie tym bardziej mam, przecież nie wiem, jak długo będę żyć. Może tydzień, miesiąc, rok. Przez to chcę przeżyć życie jak najpiękniej – wstała i podeszła do półki z książkami. – Żyję tak, jakby jutro miało nie nadejść.
- Ale ja tak nie potrafię.
- Ależ potrafisz, tylko nie chcesz, bo łatwiej się smucić. Gdyż uśmiech wiele kosztuje, gdy jest ci źle. Ale pamiętaj, uśmiech jest tańszy od elektryczności, a daje więcej światła – wyjęła gruby notatnik i otworzyła na pierwszej stronie.
- Podziwiam cię za to, co robisz, jesteś lepszym psychologiem niż ja. Wszyscy przy tobie odżywają – łza zakręciła mi się w oku, gdyż miała rację.
- Nie, nie jestem lepsza. Po prostu zarażam ludzi chorobą zwaną uśmiechem. Poświęcam im czas, bo jest im to potrzebne. Wiesz, czemu wydaje ci się, że jestem lepsza? Bo ty witasz wszystkich smutną miną, a ja uśmiechem. Spróbuj to zmienić, a zobaczysz – usiadła przy mnie i podała mi książkę. – Przeczytaj.
- Obiecuję spróbować i dziękuję za rysunek. Jak przeczytam, to ci oddam – wstałem i chciałem wyjść.
- Nie, zatrzymaj, mi to już niepotrzebne – uśmiechnęła się do mnie i wróciła do rysowania.
Zabrałem się za czytanie jeszcze tego samego dnia. Monika opisywała w nim szczęście. Wszystko, co jej przynosiło radość każdego dnia. Był to rodzaj pamiętnika, ale skupiła się bardziej na radości płynącej z życia. Wzruszył mnie początek:
„Człowiek powiedział:
I Bóg podarował mu muśnięcie motyla, ale człowiek był zbyt zajęty sobą, by go zauważyć. Po raz drugi zwrócił się do Boga: Boże, spraw cud, bym wiedział, że istniejesz.
I Bóg sprawił cud, ofiarował człowiekowi kolejny piękny dzień, jednak i tym razem człowiek go nie zauważył.”
Zacząłem się zastanawiać, czy ja zauważam takie rzeczy. Stwierdziłem, że nie. Wieczorem, gdy wracałem do domu, podziwiałem niebo. Cieszyło mnie jego piękno, od dawna nie cieszyła mnie rzecz, którą widzę na co dzień. Przecież było to coś wyjątkowego, co dane nam jest każdej nocy, gwiazdy dekorują nam czerń, by niebo nie było smutne.
Coraz bardziej zacząłem wierzyć w siebie i coraz szczęśliwszy się stawałem. Wreszcie pomagałem ludziom tak, jak powinienem, byłem dumny, że dzięki mnie łatwiej im się pogodzić z losem. Wydrukowałem najpiękniejsze fragmenty z tego, co napisała Monika w notatniku i dawałem pacjentom. Ale i rozmawiałem dużo z tą dziewczyną. Była mi bliska, naprawdę była moją przyjaciółką.
Po którejś chemii zmieniła się nie do poznania, była blada i łysa, co przykrywała chustą. Było mi jej szkoda, ale ona nadal była pełna wiary i siły, choć czasem zdawało mi się, że w jej oczach widzę zwątpienie. Podziwiałem ją za to, co robi, za to, że nigdy nie jest smutna. Zdawałem sobie sprawę, że wiele ją to kosztuje, bo mi uśmiech nie zawsze chciał „wejść” na twarz.
Wszystko wydawało się być takie jak dawniej, nadal była pełne energii i życia, ale umierała. Lekarze zwiększali środki przeciwbólowe, jednak to niewiele dawało. Każdego dnia z większym trudem poruszała się, jednak uśmiech nie znikał z jej twarzy.
Któregoś dnia przy rozmowie z nią usłyszałem:
- Wiesz, zastanawiałam się, czy teraz jesteś szczęśliwy.
- Tak, naprawdę wiele mi dałaś – spojrzałem na nią pełen troski i przytuliłem jak siostrę. – Jesteś moim aniołkiem z rysunku.
- Ale ja nie mam skrzydeł, więc być nim nie mogę.
- Ale jesteś. Wiesz, muszę się o coś ciebie spytać.
- Słucham - usiadła na łóżku.
- Co daje ci taką siłę, by walczyć z bólem? By dawać ludziom uśmiech?
- Świadomość, że jeśli się poddam to umrę. Czy to ważne? – rozsiadła się na łóżku.
- Po prostu chciałem wiedzieć.
- To mi daje siłę. Taki mały narkotyk radości – podała mi pudełko czekoladek. – I uśmiech każdego człowieka, jakiemu pomagam.
- Wiesz, myślałem nad tym, co dla mnie zrobiłaś i dla innych – poczęstowałem się jedną czekoladką.
- I?
- Cud, pokazałaś wszystkim radości płynące z życia. Dałaś nam uśmiech. Czemu nie żądasz nic w zamian?
- Ale ja dostałam przyjaciół, to jest wystarczające wynagrodzenie – uśmiechnęła się do mnie.
Przez chwilę patrzyłem na nią ze smutkiem, przecież gasło w niej życie. Wiedziałem, że wiele czasu już jej nie zostało. Chemia wyniszczyła jej organizm, a mimo to miała nadal swój urok, a oczy błyszczały pełnią radości i chęci do życia.
- Obiecaj, że jeśli ci coś pokażę, zachowasz to tylko dla siebie.
- Obiecuję.
- Pomożesz mi, prawda? – sięgnęła pod łóżko i wyjęła opatulonego gołąbka z połamanym skrzydłem. – Jest piękna, wiesz, jak śnieżka.
- Skąd ją masz? – spojrzałem na ptaka.
- Wpadła dziś rano do pokoju, była przerażona – odsłoniła skrzydełko. – Chciałabym cię prosić, byś jej pomógł.
- Postaram się. A jakoś ją nazwałaś?
- Śnieżka, bo jest biała i piękna. W sumie to chciałabym, byś ją wziął do domu, szpital to złe miejsce dla gołąbka.
- Ale przecież... – nie umiałem jej odmówić.
- Ona nie ma nikogo, a z tego, co wiem, ty też nie. Pasujecie do siebie – uśmiechnęła się. – Zobaczysz, ile radości ci przyniesie, gdy będziesz patrzyć, jak zdrowieje.
- Dobrze, myślę, że sobie poradzę.
Tego dnia zabrałem Śnieżkę do domu, zaopiekowałem się nią. Często opowiadałem Monice o tym, jak się teraz czuje, lubiła tego słuchać. A mi było weselej, gdy wchodząc do domu, słyszałem, jak wesoło grucha. Czułem się mniej samotny. Z dnia na dzień odżywałem, przestawałem się zamartwiać wszystkim, zacząłem czerpać radość z życia. Znalazłem sobie dziewczynę, miałem Monikę, moją kochaną siostrę. Czułem się szczęśliwy. Tak minęło lato, 3 istoty odgrywały ważna rolę w moim życiu. Ewa, Monika, no i Śnieżka.
Pewnego dnia, gdy gołębica wyzdrowiała, przyniosłem ją chorej dziewczynie. Śnieżka od razu ją poznała i równie przyjaźnie jak do mnie zaczęła gruchać. Monika przytuliła ją do siebie, po czym powiedziała:
- Czas ją wypuścić.
- Ale... – nie chciałem tego, Śnieżka była mi bliska.
- Wiem, to nie jest łatwe, ale taka jest kolej rzeczy. Musisz dać jej odejść, dałeś jej wystarczająco dużo miłości, by Cię zapamiętała, szybując w przestworzach. Zobaczysz, ona zawsze będzie tutaj w okolicy – postawiła Śnieżkę przy zakratowanym oknie.
- Masz rację, pójdziesz wypuścić ją ze mną.
- A nie chciałbyś pójść z Ewą?
- Nie – zrozumiałem, że ona przygotowuje mnie do swego odejścia. Byłem jej to winny.
- Igor, dziękuję, tak dawno nie wychodziłam na dwór.
- Niestety, mogę ci tylko zaproponować spacer po parku.
- Wystarczy - dziewczyna szybko ubrała buty i wzięła Śnieżkę.
Po chwili byliśmy przy fontannie, głaskaliśmy gołąbka, który wiedział, że zaraz poleci. Spokojnie rozprostowywał skrzydła.
- Żegnaj – Monika pocałowała główkę Śnieżki i rzuciła ją w górę.
- Pomyślnych wiatrów – wyszeptałem, patrząc jak ptak znika nam z pola widzenia.
Obydwoje milczeliśmy, patrząc w niebo, było coś pięknego w tej ciszy. Po pewnym czasie zapytała się mnie:
- Myślisz, że jak tam jest?
- Gdzie?
- Tam, na górze – wskazała na niebo.
- Nie wiem, ale myślę, że pięknie – odparłem zdziwiony.
- A jeśli nie? – spojrzała na mnie.
- Czemu pytasz?
- Bo przyjdzie mi tam pójść. A chcę wiedzieć, czy tam jest ładnie.
- Nie wiem, ale pewnie tak. Czemu o tym myślisz?
- Kiedyś muszę, w końcu wiele czasu mi nie pozostało.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Bo czuję – na jej twarzy pojawił się smutek.
- Monika, nie wiesz, ile masz czasu.
- Wiem, już nic mnie tu nie trzyma. Igor, dziękuję – chwyciła moją dłoń.
- Co ty wygadujesz? Za co? Przecież ja nic nie zrobiłem – byłem zupełnie zdezorientowany tą rozmową, nie chciałem myśleć, że ona może odejść.
- Więcej niż myślisz – powiedziała, zatapiając się w błękicie.
- Wiesz, myślę, że tam jest naprawdę pięknie, skoro tutaj z Ziemi tak to wygląda.
- Polecę jak Śnieżka w nieznane…
Nie odpowiedziałem nic, sam zatopiłem się w myślach, co będzie, jeśli odejdzie. Wiedziałem, że długo to już nie potrwa. Czasem na jej twarzy pojawiał się grymas wielkiego bólu, ale mimo to walczyła nadal i nie chciała się poddać tak łatwo.
Kolejnego dnia szczęśliwy wszedłem do pracy, jednak nikt nie odwzajemnił mojego uśmiechu, wszyscy byli dziwni. Poszedłem do pokoju Moniki i przeżyłem szok, łóżko było puste, a salowa wraz z matką pakowała rzeczy.
- Gdzie ona jest?! – krzyknąłem.
- Igor, przykro mi – powiedziała matka dziewczyny, zalewając się łzami. – Odeszła dziś w nocy.
- Nie, to niemożliwe! – czułem, że sam też płaczę.
- Napisała na kartce coś dla ciebie – kobieta podała mi wydarty kawałek papieru.
„Ty dawałeś mi siłę i motywację. Bo byłeś moją zagubioną bratnią duszą. Chciałam być Twym aniołem stróżem” – przeczytałem to i poczułem radość, gdyż ona naprawdę nim była, wiedziała, że to mnie dręczy i zostawiła mi odpowiedź.
Teraz pamiętam nasze wszystkie rozmowy, jakby to było wczoraj. Ją również pamiętam i ten uśmiech, który nazywała chorobą. Rysunek wisi u mnie na ścianie tak jak 100 innych, jakie jej rodzice mi podarowali. Ale ten z aniołem jest mi najcenniejszy. Zmieniła moje życie, a ja nie zdążyłem jej podziękować, choć ona wie, że jestem jej wdzięczny. Udowadniam to każdego dnia, gdy cieszę się z każdego promyka słońca. Wiem, że ona czuwa nade mną i moją rodziną. Była moim ziemskim aniołem przewodnikiem. Teraz rozumiem jej słowa w parku, że już nic jej nie trzyma. Żyła, bo wiedziała, że musi nauczyć mnie cieszyć się życiem. A gdy to uczyniła, mogła odejść spokojnie. Nie tylko mnie pomogła, ale i wielu osobom na oddziale. Za to jej dziękuję, gdziekolwiek jest. Czasem sięgam po jej narkotyk radości – czekoladę, którą zawsze częstowała ludzi.
Tak wygląda smak prawdziwego anioła...
Siedziała przy biurku zawalonym stertami papierów i książek. W całym pokoju panował totalny chaos, a ona po prostu siedziała nachylona nad pracą – rysowała. Wyglądała przy tym niczym małe dziecko, oczy błyszczały jej takim blaskiem, włosy jak zawsze w zupełnym nieładzie opadały na boki. Istna beztroska, a była dorosła.
- Co malujesz? – zapytałam, wchodząc.
- Rzeczywistość – odparła, nie podnosząc nawet wzroku.
- Może konkretniej?
- Wszystko ci muszę tłumaczyć – westchnęła.
- A co ja niby mam rozumieć przez rzeczywistość rysowaną na kartce papieru?
- Co chcesz, właśnie na tym polega magia otaczającego świata – podniosła swoje jak zawsze wesołe oczy.
- Magia, tak… – rozbawiała mnie. Sądziłam, że powinna już wydorośleć z takiego postrzegania świata.
- Każdy z nas sam kształtuje swoją rzeczywistość.
- Tak, metaforyczne znaczenie kredki i kartki papieru oraz tego, co się na nim znajduje.
- Tak – odparła zupełnie niewzruszona moją niechęcią do jej myślenia. – Właśnie tak.
- Czyli rzeczywistość jest mniej realna niż się wydaje?
- Poniekąd – rzuciła tajemniczo.
- Zechcesz wytłumaczyć?
- Widzisz, ty uważasz, że świat jest taki, jakim go widzisz, a to wcale nie jest prawda. Wykształciłaś lub wpojono ci jakiś obraz świata i nie chcesz już wierzyć, że ten obraz mógłby być inny niżeli ty go widzisz – uśmiechnęła się, patrząc na rysunek.
- Czyli mam mylny obraz świata?
- Nie, to nie tak. Chodziło mi o to, że… – zamilkła, próbując ogarnąć swoje myśli. –Widzisz, ty uważasz, że to, co się dzieje jest niezależne od ciebie, tak jest i tyle. Twój umysł musi czuć, że wszystko ma swój porządek, miejsce. Wszystko, co dziwne, niezbadane lub, co uważane za nienaturalne jest niezauważane, czyli w pewnym sensie widzisz to, co chcesz wiedzieć.
- Dziwnie myślisz – uniosłam brwi. – Dziecinnie, jakbyś widziała inny świat.
- Bo widzę. Każdy postrzega go inaczej – spojrzała na mnie swoimi figlarnymi oczami.
- No dobrze, zgadzam się, ale chyba świat rzeczywisty jest stabilny i jest czymś, czego zmienić się nie da.
- Czemu, bo ktoś ci tak powiedział? Spójrz – wskazała na rysunek.
Moim oczom ukazał się czarny kawałek nieba, kilka czarnych drzew i kwiatów. Wszystko wydawało się takie ponure i smutne, pomimo tego, jak pięknie zostało namalowane.
- Czemu na czarno?
- A co, rysunek wydaje się smutny?
- No, to chyba jest oczywiste, w końcu ten kolor nie jest zbyt optymistyczny.
- Czekaj, a czy to nie dziwne? Nauczono nas właśnie takiego postrzegania tej barwy, przyjęło się, że taki on jest i koniec.
- Znów doszukujesz się czegoś dziwnego – zaskakiwało mnie jej myślenie, było inne.
- Dziwnego? – wydała się zdumiona moją reakcją.
- Tak, niby czemu mam się doszukiwać czegoś – zamilkłam, by znaleźć słowo – głębszego w kolorze czarnym?
- Ach, jesteś zaskakująca, nie umiesz wyjść poza te wpojone kanony – cmoknęła z niezadowoleniem.
- A co, coś w nich złego? A ty potrafisz?
- Po części to jest złe, to jest jakaś narzucona wizja wszystkiego. A co do mnie, nie, nie potrafię, bo jestem istotą społeczną – człowiekiem, ale mogę próbować rozważać inne możliwość.
- Tylko po co?
- A po co oddychamy?
- By żyć, to chyba oczywiste.
- Brawo, więc czy takie filozoficzne… – urwała – tak, chyba można to określić filozoficznym myśleniem, pozwala żyć?
- Bez tego też żyć możesz.
- No nie powiesz mi, że nigdy nie zastanawiałaś się nad istotą życia.
- Tak, ale nigdy nie szukałam innego sensu dla koloru czarnego, choćby nawet. Wiem, o co ci chodzi, tylko mam wrażenie, że chcesz bym doszła do wniosków, iż świat rzeczywisty jest iluzją, jaką nam wpojono.
- A tak nie jest? – jej oczy rozbłysły jeszcze bardziej radośnie.
- Sugerujesz, że wszystko, co widzę jest wytworem mojego umysłu?
- Po części.
- Tak, w końcu widzimy to, co chcemy.
- Brawo, wreszcie dochodzimy do jakiś konstruktywnych wniosków – klasnęła w ręce. – Będą z ciebie ludzie, mój ty Norwidzie.
- Znowu zaczynasz.
- Nie, porostu jestem zadowolona z postępów rozmowy.
- Tak, więc uważasz, że nie wszystko, co widzimy jest prawdziwe?
- Tak albo inaczej – spojrzała na kartkę. – Nie wszystko, czego nie jesteśmy w stanie dostrzec jest nierealne – wskazała na postać ukrytą w kwiatach.
- Nie dorysowałaś tego – zdziwiłam się, że dopiero teraz zauważyłam anioła ukrytego pośród czarnych roślin.
- Przecież byś zauważyła – uśmiechnęła się. – To chyba rozwiało już twoje wątpliwości na temat rzeczywistości.
- Tak – byłam lekko zaszokowana tym, co osiągnęła tą rozmową. – Reasumując...
- Świat rzeczywisty jest tylko iluzją. Jest tym, czym chcielibyśmy by był. Jest kłamstwem naszego umysłu, by łatwiej nam się żyło.
- Zaskakujesz mnie – uśmiechnęłam się. – Skończ już swój rysunek.
- Nie mogę
- Bo?
- Wtedy rzeczywistość przestałaby istnieć, pewnikiem brakuje tu wielu rzeczy, których mój umysł nie zauważa lub nie chce wiedzieć.
- Jutro powstanie nowy obraz rzeczywistości.
- Masz rację, on, co dnia jest inny – sięgnęła po następną kartkę.
- Co dnia zauważamy coś nowego lub wreszcie dochodzi do nas coś, co wcześniej dotrzeć nie mogło. Człowiek lubi tworzyć iluzje, wtedy żyje mu się łatwiej – wstałam i potargałam jej włosy.
- Na tym polega rzeczywistość – pochyliła się nad kartką z uśmiechem trzylatki, która poznaje świat.
Tak wiele rzeczy robimy bez przekonania. Wydaje nam się, że nie dotyczy nas większość tych bzdur, jakie pisze się w Internecie, czy gazetach. Siadamy grzecznie na kolejnej parkowej ławce myśląc o tym, co złego ostatnio zrobiliśmy. Dlaczego nikt się nie przysiada? Może tego nie chcemy? Może...
Jesteśmy zbyt prości, by przyznać się przed samym sobą: „Nie mam odwagi, by żyć”. Brakuje nam wiary w to, że kiedy nas już tu nie będzie, ktoś pomiędzy naszą datą urodzin a datą śmierci wpisze kilka małych sukcesów. Boimy się samotności, bo ona dzieli. Dzieli ludzi na dobrych i złych. Mimo że świat płata nam figle i nie umiemy już odróżnić cech pozytywnych od negatywnych.
A propos negatywów. Jedyną rzeczą, jaką bezpiecznie wykonujemy to odkurzanie ręka czarno-białych fotografii. Rozpamiętujemy to, co było. Zapominamy na chwile, że to nie powróci. Zapominamy, że trzeba znów zrobić coś szalonego, by kiedyś móc wspominać coś nowego. Myślimy wtedy: „Nie jestem gotowy”. Gotowy, na co? Tak najłatwiej powiedzieć.
Boimy się stawić czoło przygodzie. Przecież życie nie trwa wiecznie. Chyba nie chcemy go zmarnować poprzez przesiadywanie na wcześniej wspomnianej parkowej ławce? Każdego dnia uciekają na kolejne 24 godziny. Czasu, który daje szanse by raz na zawsze coś zmienić. Czasu na to, by zrobić coś dla siebie i dla innych. Być może jest to czas na to, żeby choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości, bo ona jest toksyczna.
Mijamy w kółko te same ulice, brudne kamienice. Nie mamy czasu i odwagi na to, by wziąć kredki i pomalować sobie życie. Nieświadomie czekamy na kogoś, kto zrobi to za nas. Czy to ma sens? Dni są zbyt krótkie, by płakać w poduszkę. Trzeba nauczyć się trudnej sztuki komunikowania się z ludźmi, bo może kiedyś będziemy ich potrzebować.
Porozmawiać. Najgorsze jest, kiedy nie ma się do kogo odezwać, a kot usnął nam na kolanach. Każda minuta staje się godziną. Lecz to nie czas się wydłuża. Jest go równie mało, jak przed godziną. Nawet jeszcze mniej. Zostało nam mniej czasu na to, by naprawiać świat. To jest możliwe. Trzeba chcieć. „[...]Życie choć piękne, tak kruche jest...”.
Od dłuższego czasu gromadzę w sobie wszystkie smutki, problemy i klęski... Nazbierało się ich tyle, że zaczęło zmieniać moje 'ja'. Ciągle staram się uczyć na błędach. Wiem, że niektóre z nich popełniam w dalszym ciągu, ale taki urok głupich nastolatków (wagary, bunty, itp.) ale do tego raczej tak wielkiej wagi nie przykładam. Wiem, że to kolejna rzecz, którą robię źle... Usprawiedliwiam się wiekiem i myślą, że jeszcze wszystko przede mną... to też źle. Mój entuzjazm i chęć by cokolwiek zrobić by było lepiej spadł poniżej zera. Trzymam w sobię taką osobistą 'puszkę Pandory' i to mnie uwiera. Ktoś by mógł mi poradzić bym się komuś zwierzyła... ale ja nie ufam nikomu. Nawet własnej matce... :( Nauczyła mnie, że powierzenie komuś tego co boli, obróci się przeciw. Po co mi problemy o 2 razy większej mocy? Wystarczy mi to co mam... i tyle za dużo. Tylko jakie problemy może mieć jakaś 18latka? Jestem pewna że większośc będzie brzmiała śmiesznie i błacho, bo ani słowa, ani litery nie oddadzą uczuć. Może dlatego też zamknęłam to w sobie... Im dłużej, tym więcej. Im wiecej, tym gorzej...
To jeszcze nie koniec notki... Zajżę tu napewno bardzo prędko, bo mimo to że jest to publiczny blog, czuję że moje zapiski w jakims stopniu mi ulżą.
Przyjacielu, gdzieś daleko jest miejsce,
gdzie zawsze jest mrok,
gdzie rządzi nienawiść, a ludzie żyją w chaosie.
Wchodząc na szczyty gór, patrzysz i widzisz burzę.
Nie ma tam szczęścia i miłości.
Jest tylko szczęście.
Pozorne, inne od tego, które znasz.
Idąc przez las, widzisz umarłe drzewa,
zdechłe zwierzęta…
Ale jesteś spokojny, patrzysz i idziesz dalej.
Nie zatrzymujesz się, nie oglądasz za siebie.
Masz nadzieję - to cię wyróżnia.
Wierzysz w to, że wyjdziesz z tego lasu,
że on się skończy i zobaczysz światło.
I nagle widzisz światło.
Biegniesz, już prawie jesteś na miejscu
i nagle światło zgasił wiatr.
Nie wiesz dlaczego.
Nagle widzisz, że jesteś na cmentarzu.
Patrzysz na popękane nagrobki,
stare, zielone, z kamienia.
Czytasz napisy: „Nadzieja, miłość, wolność, wiara, dobre serce”.
Idąc dalej, spostrzegasz kościół.
Wchodzisz do środka.
Ściany są czarne, wszędzie bałagan.
Nie ma ławek, posągi są popękane,
a na wprost wielki graf,
przedstawiający modlącą się postać.
Chcesz się jej przyjrzeć, podchodzisz.
Widok ten spowodował, że powiedziałeś: „Przepraszam”.
Klękasz i płaczesz.
Patrzysz i nagle zapala się światło.
Odwracasz się, ogarnia cię przerażenie.
I nagle widzisz postać.
To ona, poznajesz?
Tak, to miłość.
Twoja wiara, twój upór i twoje łzy
sprawiły, że ona zmartwychwstała
i odnalazła cię.
Twój smutek wskazał jej drogę.
Co zrobisz…?
Gdy ktoś obedrze nas z piór sensu życia...
połamie skrzydła wolności i radości...
czujemy się jakby wszyscy odeszli...
jakbyśmy zostali sami... pośrodku mroku i ciszy...
wśród własnych krzyków i łez...
lecz nie zapominajmy o tym co nadal mamy...
o ludziach co nadal nas kochają... potrzebują...
o miejscach wciąż na nas czekających...
i o tym ile jeszcze pięknych rzeczy się wydarzy...
ile lotów wśród błękitów i promieni słońca...
Więc każdego ranka spróbujmy choć na chwilkę unieść się w górę...
oderwać się od ziemi i zatopić w wolności...
Gdy skrzydła nas wciąż bolą... nie bójmy się poprosić o pomoc...
jeśli będziemy czegoś naprawdę pragnąć...
osiągniemy to wcześniej niż się spodziewaliśmy...
A więc odkurzmy nasze szydła z pyłów bolesnych wspomnień...
nabierzmy wiatru nadziei...
poczujmy ciepło promyka wiary i wzbijmy się wysoko...
wysoko w błękicie zatopmy nasze ręce...
otulmy chmury marzeń... i z podniesioną głową lećmy ku słońcu...
naszemu największemu marzeniu...
...nawet gdy oznacza ono tyle co dla Ikara...
Słowa mają siłę....
Ze szczęściem
bywa czasami tak jak z okularami,
szuka się ich, a one "siedzą" na nosie.
Tak blisko!
Aby zrozumieć ludzi
trzeba starać się usłyszeć to,
czego nigdy nie mówią i być może
nigdy nie powiedzieliby.
Przyjaźń jak nieśmiertelnik -
to blady kwiatek,
ale nie więdnący nigdy.
Radość przeżywa się tylko wtedy,
gdy sprawia się ją innym.
Przyjacielem jest Ten,
Kto wie o Tobie wszystko
I nie przestaje Cię kochać
KOCHAJ! I POKAŻ ŻE KOCHASZ!
LUBISZ! POKAŻ ŻE LUBISZ!
CZUJESZ! POKAŻ ŻE CZUJESZ!
Losu mrocznymi ścieżkami,
Czas biegnie nieubłaganie,
I choć wydaje Ci się chwilami,
Że wiesz co jutro się stanie,
To wchodzisz wnet w krąg zapomnienia,
Gdzie anioł zakończył swe smutne dzieło,
I niczym krótkie życie płomienia,
Coś się za Tobą skończyło, zamknęło.
Świat traci swoje znaczenie,
Kolejny wiek znów się rozpoczyna,
I Swoje najskrytsze marzenie,
Każdy z nas powoli zapomina.
I oto widzisz kres swego życia,
Wszystkie obrazy, skrzętnie skrywane,
Wychodzą ze swego wiecznego ukrycia,
Raz jeszcze, z czułością przypominane.
Wkraczasz na stopnie nowego istnienia,
Wznosząc swą twarz do słońca,
I otulasz się w swoje wspomnienia,
Bo już wiesz, że daleko ci jeszcze do końca
Ja
Śmiertelna nieśmiertelna
Dusza
Zbłąkana, zgubiona przez czas
Jak wiatr pędząca na falach wieków
Anioł śmierci
Śmiertelna nieśmiertelna
Kochająca nienawidząca Ludzkich twarzy napotkanych przez lata
Czysta Anioł zmieniający oblicze
Diabeł
Patrzy w przyszłość
Wątpliwość to pragnienie życia i śmierci
a jednak...
Patrzeć na świat przez pryzmat kilku łez
Obserwować ciebie z oddali
Nie umierać
Ale patrzeć przez szkła ciemnych okularów
Westchnąć
A serce zimne gorące
Martwe a żywe
Dalej kroczyć
Przez kolejną dekadę życia i śmierci
Z dwóch końców świata, dwa ciała spragnione,
biegną do siebie żądzą gonione.
Spotykają się i złączą w miłosnym uścisku,
jak gdyby bez siebie nie mogły już istnieć.
Lecz gdy z nieba znikną srebrnych gwiazd kagańce,
zaspokojeni kochankowie zakończą swe tańce.
Nie będzie westchnień, użaleń i krzyków,
bo każde z nich w swą stronę odejdą po cichu.
Zapomną o sobie i swoim dotyku, jak słońce o zmroku,
jak księżyc- brzasku pomroków.
Miłość jak słońce: ogrzewa świat cały
I swoim blaskiem ożywia różanym,
W głębiach przepaści, w rozpadlinach skały
Dozwala kwiatom rozkwitnąć wiośnianym
I wyprowadza z martwych głazów łona
Coraz to nowe na przyszłość nasiona.
Miłość jak słońce: barwy uroczemi
Wszystko dokoła cudownie powleka;
Żywe piękności wydobywa z ziemi,
Z serca natury i z serca człowieka
I szary, mglisty widnokrąg istnienia
W przędzę z purpury i złota zamienia.
Jeśli przez dłuższy czas jest zbyt dobrze, to stajemy się przewrażliwieni i doszukujemy się problemów. Czy zauważyłeś, że najmocniej tęsknimy za tymi, którzy są tuż obok nas, a my nie możemy ich mieć? Najbardziej brakuje nam tych, którzy są prawie namacalni. Czy zastanawiałeś się kiedyś, co boli bardziej- powiedzieć coś i żałować tego, czy nic nie powiedzieć i tego żałować? Myślę, że najtrudniej jest mówić o najważniejszych rzeczach. Wstydzimy się ich, gdyż słowa umniejszają je. Sprawiają, że to, co w naszej głowie wydawało się wielkie i wspaniałe, po wypowiedzeniu staje się okrutnie zwyczajne. Nie bój się mówić ludziom, że ich kochasz. Jeśli to zrobisz, oni mogą złamać Ci serce, ale jeśli nie, Ty możesz złamać ich. Czy kiedykolwiek postanowiłeś nie wiązać się z kimś z obawy, że stracicie to, co do tej pory was łączyło? To Twoje serce decyduje, kogo kocha, a kogo nie. Nie możesz mu mówić, co ma robić. Ono samo wybiera. Wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz, a nawet wtedy, gdy tego nie chcesz... Czy kiedykolwiek pragnąłeś kochać kogoś całym sobą, ale ta druga osoba za bardzo się obawiała, by Ci na to pozwolić? Zbyt wielu z nas pozostaje zamkniętych, gdyż za bardzo się boją. Boją się, że zacznie im zbyt mocno zależeć, albo ze strachu przed tym, że drugiej osobie zależy mniej albo wcale. Czy kiedykolwiek kochałeś kogoś, kto zupełnie nie miał o tym pojęcia? Czy byłeś kiedyś zakochany w swoim najlepszym przyjacielu i musiałeś spokojnie patrzeć, jak budziło się w nim gorące uczucie do kogoś innego? Czy kiedykolwiek zaprzeczyłeś swoim uczuciom, gdyż strach przed odrzuceniem był nie do zniesienia? Kłamiemy, kiedy się boimy... Boimy się tego, czego nie znamy, boimy się tego, co pomyślą o nas inni. Ale za każdym razem to, czego się boimy rośnie i staje się silniejsze. Życie samo w sobie jest ryzykiem i czasami wymaga od nas skoku w przepaść. Nie bądź osobą, która musi patrzeć w przeszłość i zastanawiać się, co mogła mieć i zrobić... Nikt nie czeka wiecznie... Więc weź się w garść i odważ się, a zobaczysz jak wszystko dookoła Ciebie zacznie sie zmieniac...
Czlowiek nie potrafi przetrwac w samotnosci. Potrzebuje drugiej osoby, by zaspokoic wszystkie swoje potrzeby. Potrzebuje rozmowy, uscisku, usmiechu, a czasem tylko samej obecnosci drugiej osoby. Niektórzy potrafia porozumiewac sie bez slow. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden gest, a wszystko wiadomo. Uzupelniaja sie, tworzac calosc. Mozna by rzec: idealna calosc. Zycie bez tej drugiej osoby staje sie katorga, na która nie ma slów ukojenia, nie ma czynów, które usmierza ból. Pozostaje tylko trwanie w nicosci, zatracanie sie w wspomnieniach. Milosc, tylko tak mozna nazwac taki stan pomiedzy kobieta a mezczyzna.
Byloby na swiecie idealnie, gdyby kazdy znalazl swoja druga polowe. Te czesc siebie, której brakuje. Nie wiedzielibysmy jednak wtedy, co tak naprawde znaczy kochac, co to jest milosc, gdybysmy nie wiedzieli równiez, co to znaczy nie lubic, nienawidzic, gardzic. Nie istnialaby jasnosc bez ciemnosci, bo gdziez widoczne byloby jej piekno? Nie byloby dnia bez nocy, bo kiedyz to ziemia moglaby odpoczac? Wszystko w przyrodzie potrzebuje swojej przeciwwagi. Milosc doceniamy, dopiero, gdy mozemy ja stracic, badz stracilismy. Wiemy, jaka jest jej moc, ze zawsze jest dla nas oparciem w dylematach zyciowych, pozwala nam widziec swiat w lepszych barwach, pozwala zyc, a nie tylko istniec. Dlatego milosc jest taka piekna.
Gdyby bylaby tak latwo dostepna, jak obecnie wiele wytworów naszej cywilizacji, nie mówilibysmy juz o czyms niepowtarzalnym. Stalaby sie pospolita. Na calej Ziemi zyja miliardy ludzi, a tylko czesc z nich moze pochwalic sie prawdziwa miloscia, wielka miloscia.
Jak kazdy wie, zanim sie kogos pokocha, trzeba przejsc przez faze zauroczenia. Zazwyczaj idealizujemy obiekt naszych westchnien, a w czasie poznawania rozczarowujemy sie, a czasem wrecz odwrotnie. Nie ma idealów, zatem w arcybanalny sposób przegrywamy swoje szczescie, swoja milosc. Czasem wystarczy niewinne klamstwo, jeden czyn, a wszystko sypie sie jak domek z kart. Mimo wszystko mozna to naprawic, jednak trzeba wiedziec jak.
Milosc, która w niechcacy sposób tracimy, to jednak nie najgorsze rozwiazanie. Zawsze mozemy nadal dzielic z druga osoba to, co wczesniej. Wystarczy naprawic swój blad, a wielka milosc znów zakwitnie, nawet silniejsza.
Najgorsze jest uczucie pustki. Antyteza milosci - bycie niekochanym, mimo, ze sie kocha z calych sil. Nastepuje wtedy okres melancholii, istnienia pomiedzy swiatem zywych a umarlych. Nicosc. Jest to uczucie, które prawie kazdy w zyciu doswiadczyl. Choc raz. Nieszczesliwa milosc, nieodwzajemniona, jednostronna. Mozna podjac niebo w dlonie, obiec Slonce, pochylic sie znów nad horyzontem, a na koniec patrzec zwyciesko w gwiazdy. A potem usiasc w kacie najciemniejszym, wyciagnac dlonie i tesknic. Za nia, za nim. I za miloscia.
Trudno kochac, a byc niekochanym. Trudniej kochac i byc kochanym, a uciekac od tego uczucia. Z kazdym dniem sami wbijamy sobie sztylet w serce. Sami skazujemy sie na cierpienie. Czasem mimowolnie, bo inna kultura, rodzice zabraniaja, a czasem osoba jest juz w zwiazku. Mimo wszystko czasem nie chcemy sfinalizowac tego szczescia. Czekamy na inna milosc. Lepsza? Wiedziec to dopiero bedziemy, jesli bedzie nastepna. Mówi sie, ze pierwsza milosc trwa wiecznie. Jednakze tylko ta prawdziwa, szczera. Ciezko ja odróznic, bo czasem w gre wchodzi tylko cialo, popedy. Dla czlowieka chwila uniesienia z druga osoba czasem swiadczy juz o milosci. Szkoda tylko, ze o fizycznej, która kiedys zaniknie i pozostana wyrzuty sumienia, a nie o duchowej, psychicznej, która pozwala cieszyc sie obecnoscia swojej drugiej polowy do konca zycia. Czasem wystarczy tylko jedno spojrzenie, by wiedziec wszystko, jeden usmiech…
Milosc? Zanim powiesz „kocham” zastanów sie czy naprawde tak czujesz. Moze to tylko zauroczenie, a moze chwila fizycznego zapomnienia. Slowo to ma wielka potege i powinno byc kierowane tylko do tej osoby, z która chce sie spedzic swoje zycie. Milosc daje wiele, jednak sama potrzebuje czegos do istnienia. Kilka wyrzeczen, które kazdy musi poswiecic na rzecz czegos niedosciglego.
Mówia, ze: "Niedojrzala milosc mówi: kocham Cie, poniewaz Cie potrzebuje, dojrzala zas: potrzebuje Cie, poniewaz Cie kocham”
Kochasz...??
Czy Bóg istnieje? czy istnieje jakieś prawo moralne? A jesli tak to dlaczego, skąd na świecie tyle niesprawiedliwości i zła? Dlaczego jedni mają szczęście i powodzenie a innym zawsze wiatr wieje w oczy? Czy ten dobry i niby sprawiedliwy Bóg nie widzi cierpień i niesprawiedliwości? Nie może czy nie chce sprawić aby dobrzy zostali nagrodzeni a występek ukarany? Dlaczego zbrodniarz żyje sobie spokojnie i dostatnio podczas gdy człowiek dobry i uczciwy klepie biedę?
Religia usiłuje nas przekonać o tym, że w innym świecie nasze cierpienia zostaną wynagrodzone, grzesznicy ukarani... Ale co teraz? Dlaczego dobry Bóg pozwala aby teraz cnota cierpiała a zło było bezkarne? Czy jeśli świat stworzony przez Boga, świat realny w którym teraz żyjemy jest tak niedoskonały jaką możemy mieć gwarancję że ten inny jest lepszy? W naszym świecie równość ludzi jest mitem, fizycznie, moralnie, umysłowo i duchowo nie jesteśmy równi. Jedni posiadają zdrowie i siły fizyczne, inni wątłe i chore ciało, jedni cieszą się mądrością i inteligencją, inni z ledwością potrafią kojarzyć pojęcia, są tacy którzy rodząc się w bogatych rodzinach mają już na starcie zapewniony świetny byt, inni o każdy kawałek chleba muszą ciężko walczyć.. Dlaczego tak się dzieje?
Religia nie potrafi wytłumaczyć istniejących różnic i niesprawiedliwości, nakazuje cierpliwie znosić trudny los w nadziei że po śmierci zostanie nam to wynagrodzone... Takie zapewnienie wystarcza jedynie niektorym z ludzi. Ja należe do tej drugiej grupy. Nie potrafiłam pogodzić się z takim stanem rzeczy, zadawałam pytania na które jedyną odpowiedzią było "bo tak jest" - a to niestety mi nie wystarczało.. Szukałam więc odpowiedzi na własną rękę. Poznałam wielu ludzi, większość z nich uważała że zna wszystkie odpowiedzi, ale to co mówili również mnie nie zadowalało.. nadal brakowało mi jakiejś cząstki układanki, odchodziłam aby szukać dalej..
Korzystając z różnych źródeł tworzyłam swój własny światopogląd, szukałam w świecie logiki wychodząc z założenia że mądry Bóg nie mógł przecież stworzyć nielogicznego ciągu wydarzeń, wszystko musi się w jakiś sposób łączyć, potrzebowałam tylko klucza który pomógłby mi to wszystko zrozumieć. Tym kluczem okazała się reinkarnacja. Czym jest? Aby to zrozumieć należy przede wszystkim pojąć, że świadomość i umysł to dwie różne rzeczy. Świadomość istnieje na długo przed urodzeniem, a nawet poczęciem człowieka. Podczas gdy ciałko małego człowieczka jest młodziutkie i dopiero się kształtuje, jego świadomość jest już w większym lub mniejszym stopniu ukształtowana.
Ewolucja świadomości odbywa się przez ożywianie i opanowywanie form fizycznych. Wcielanie się świadomości w coraz to nowe ciała dotyczy nie tylko człowieka, ale przejawia się w całej przyrodzie. Świadomość każdego żywego organizmu podlega ciągłemu rozwojowi. Poprzez przybieranie fizycznego ciała mogą one doświadczać i uczyć się nader istotnych rzeczy. Reinkarnacja jest więc ewolucją w której ogromna ilość świadomości będących w różnych stadiach rozbudzenia wchodzi w kontakt z róznymi fizycznymi formami. Ciało ludzkie jako doskonałe narzędzie umożliwia przejawianie się świadomości o wysokim poziomie rozwoju jakiego trudno byłoby szukać w niższych formach. Reinkarnacja jest procesem w którym istoty świadome używają form fizycznych adekwatnych do ich obecnego rozwoju aby za pomocą tych ciał - narzędzi zdobywać wiedzę i poznanie świata fizycznego. W całym tym procesie nie ma miejsca na niesprawiedliwość i ślepy los...
Każdy z nas dostaje to co w danym momencie rozwoju jest mu najbardziej potrzebne. Dostaje takie ciało i warunki jakich potrzebuje aby osiągnąc kolejny szczebel swojej własnej ewolucji. To tak jak w szkole - są klasy niższe i klasy wyższe a przecież nikt nie twierdzi że jest to przejaw jakiejkolwiek niesprawiedliwości... Ci z wyższych klas zaczęli swoją naukę dużo wcześniej, są starsi, mają więcej wiedzy i więcej doświadczeń.. Ci młodsi chcąc im dorównać muszą przebyć taką samą drogę ale nie odbierają tego przecież jako czegoś dziwnego i niesprawiedliwego... Czasami im się nie chce, czasami powtarzają klasę bo nie zliczyli pewnego wymaganego materiału.. oskarżają wówczas nauczycieli i zły los, ale przecież tak naprawdę to tylko od nich zależy czy opanują wymaganą wiedzę czy też będą zmuszeni do repetowania... tak samo rzecz się ma z naszym życiem.. kolejne wcielenia są jak coraz to wyższe klasy. Jeśli potrafimy zmusić samych siebie do pracy, dostaniemy promocję do kolejnego etapu, jeśli natomiast wybierzemy wegetowanie zamiast rozwoju, będziemy zmuszeni do ponownego podejścia do tego samego problemu...
To że w tej chwili jesteśmy biedni lub chorzy oznacza tylko tyle, że potrzebujemy właśnie takiej formy aby się czegoś konkretnego nauczyć, być może mamy jeszcze świadectwa z poprzedniej klasy... Im szybciej uda nam się to zrozumieć, tym szybciej nasza karma się zrealizuje i będziemy mogli przejść do kolejnego etapu... Szkoda więc czasu na użalanie się nad sobą i swoim losem... Zamiast tego zastanówmy się czego można się teraz nauczyć, co takiego siedzi w nas samych że cierpimy ? Spróbujmy nie obwiniając nauczycieli, rodziców, społeczeństwa przeanalizować własną sytuację, wyciągnąć z niej wnioski, przerobić kolejną lekcję... Jeśli zrobimy to uczciwie i do końca, nasz los się odmieni, wejdziemy "na skróty" do kolejnej klasy jeszcze w tym życiu...
I co Madzia? Ostro pojechałas... Wszyscy w Ciebie wierzyli... Rodzice (którzy wywalili na Ciebie nie całe 1000 zl na korki...), dziadkowie, przyjaciele, znajomi i nieznajomi... i co teraz? Nawet Twój wychowawca miał nadzieje ze znów się zobaczycie w jednej klasie... Dupa! Zawiodłaś po całości... znowu.. i jest tak jak zawsze... pytasz się jak? Tak, że zawsze zapewniach ze bedzie dobrze... i nigdy nie jest... ;/ I co teraz zrobisz? Dzisiaj oblałaś... nie tylko szkołe.. ale i otoczenie.Tak Madziu.. to otoczenie, które Cię od 2 miechów pociesza i mówi, że będzie dobrze... Ludzie rezygnowali dla Ciebie z wakacji... Marnowali czas. ;/ Jutro poprawka z matmy.. i co? Dałabyś wszystko, żeby nie iśc... zeby mieć to wszystko w dupie. Ale nie qrwa... Ty musisz sie honorem unieść i pójśc.. i pokazać wszystkim ze nie dasz za wygraną... To ciekawe. Z drugiej strony ryzyko utracenia tego honoru... Bo jeśli zdasz, to loozik.... ale jeśli matmy nie zaliczysz, to to nie stanie się honorowe.. tylko żałosne... Masz dylemat.. Mimo tego ze jesteś dzisiaj zjebana i fizycznie i psychicznie, to bedziesz siedziala w nocy w ksiązkach zeby jutro zabłysnać? Brawo.. Tylko czy nie jest juz za późno...
Inaczej:
Dziewczyno... nie zdałaś... Zaczniesz wszystko od nowa. Od nowa nauke w liceum tylko, że z prawie całym zasobem wiedzy z tej klasy... Będzie Ci łatwiej. Ale czy to o to chodzi, żeby iśc na łatwizne? Czy za każdym razem musisz przejśc tyle stresów, żeby docenić szkołę? A z resztą... kto ją ceni? Nieliczni... Jednak brak promocji do następnej klasy daje Ci takiego kopa w dupę... że myslę, że nigdy więcej nie wejdziesz do tej samej rzeki... wręcz jestem pewna... Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło... Masz dopiero 17 lat... Życie przed Tobą.. a Ty czujesz się w tym momencie jak 19latka... w ciagu kilku godzin przestawiłas swoje myślenie na dojżalsze i bardziej odpowiedzialne... Czy to dobrze? Ciekawe czy się na tym nie przejedziesz? Oby nie...
Nie mówiąc nic rzucam się w otchłań
Wspomnień i przeżyć.
Nie mówiąc nic chowam je głęboko
W czarną dziurę mego serca.
Nie mówiąc nic zapominam
By dać Ci szczęście.
Nie mówiąc nic wycieram łzy
Parzące mój policzek.
Nie mówiąc nic, jestem kimś nowym
Nie znającym życia.
Nie mówiąc nic odrzucam Was
Moi dawni towarzysze życia.
Nie mówiąc nic – wybaczcie.
Pozwólcie żyć mi w szczęściu..
Tylko.. nie mówmy nic.
Szczęśliwa być powinnam. No i jestem. Tylko są momenty, w których nie potrafię sobie z tym poradzić. Są momenty, w których łzy cisną się same do oczu. Bo o ile prościej byłoby mi, gdybym miała tą cholerną pewność, że potrzebna jestem. Potrzebna i kochana. Niektóre tłumaczenia nie trafiają do mnie, niektóre moje wypowiedzi na temat tego co myślę i czuję,co mnie boli i męczy zostają zabite w zalążku, a niektóre są wysłuchane ale pozostają bez echa. Nie chce marudzić, nie chcę narzekać. Ja wiem, że to wiele psuje i ja wiem że to niepotrzebne. Ale wiem też , że mogłoby tego nie być, gdybym słyszała coś, co chciałabym usłyszeć kiedy o to pytam/proszę. Potrzebuję poczuć że jestem po coś i dla kogoś, bez względu na to jak daleko czy blisko jestem. Ja wiem, że lepiej jest być blisko i czuć. Ja wiem, że wtedy jest prościej. Ale ja wiem też, że można czuć się potrzebną, jedyną i kochaną, bedąc daleko. Uczucia i myśli nie zmieniają się z dnia na dzień, ani z kilometra na kilometr. Ja wiem, że to co czuję i myślę bedąc blisko, czuję i myślę też na drugim końcu świata. Tylko dlaczego tak cholernie trudno osiagnąć to z obu stron? Dlaczego tak cholernie trudno żyć w niepewności? Dlaczego tak boli domyślanie się?
Przede wszystkim chcę wiedzieć, czemu psuję wszystko co kocham i na czym mi zależy. A przynajmniej takie wrażenie odbieram.
Może ja jestem taka mądra w słowach... nie wiem... Może to ja jestem nie fair.. może to ja sobie coś wkręcam... Qrwa nawet nie wyobrażacie sobie jak ja błądze... Zaczyna mnie pierdolić wszystko... Miałam przyjaciela... myślałam, że niezależnie co by się działo on zawsze będzie ze mną.. tymczasem coś się stało... Bańka mydlana pękła.. albo to tylko złudzenie... Nie wyglądam na taką co by się czymkolwiek przejmowała.. ale uwierzcie mi... Jest mi tak źle... że jeśli nie pogadam z odpowiednimi ludzmi (tymi, którzy tak mnie dręczą w myślach) to się chyba wykończę... Nie.. nie.. nie... Musze pogadac z jedną osobą... wiem, że ona czasem tego bloga odwiedza... ciekawa jestem czy się zorientuje że o nim piszę... Ciekawa jestem tylko kiedy się rozkleję... słucham muzyki... Te nuty sprawiają, że jest mi jeszcze ciężej niż wcześniej..
Oczywiscie mogłabym włączyć coś innego ale nie mam wogole ochoty na słuchanie czego innego... 3mam sie bez kropli łzy od 3 tygodni... Zobaczysz qrwa! wszystko się skumuluje i huj.... Nie wiem.. mam wrażenie, że tracę wszystko...wszystko.. czyli was... a może to było kolejne złudzenie, że my taką małą paczke tworzymy...? Nie wiem... ale dużo faktów daje mi do myślenia... Ja chyba wiem co sie dzieje... ale boję sie prawdy... i coś mi się wydaje, że nikt się o niej nie dowie...Najbardziej mnie zastanawia moja postawa wobec innych... jest centralnie obojętna... Czy to coś znaczy? Nie wiem... Odpowiedz mi qrwa na to pytanie! ;/
Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam sie pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy bedziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los. Bowiem każdego dnia wraz z dobrodziejstwami słońca Bóg obdarza nas chwilą, która jest w stanie zmienić to wszystko, co jest przyczyną naszych nieszczęść. I każdego dnia udajemy, że nie dostrzegamy tej chwili, że ona wcale nie istnieje. Wmawiamy sobie z uporem, że dzień dzisiejszy podobny jest to wczorajszego i do tego, co ma dopiero nadejść. Ale człowiek uważny na dzień, w którym żyje, bez trudu odkrywa magiczną chwilę. Może być ona ukryta w tej porannej porze, kiedy przekręcamy klucz w zamku, w przestrzeni ciszy, która zapada po wieczerzy, w tysiącach i jednej rzeczy, które wydają się nam takie same. Ten moment istnieje naprawde, to chwila, w której spływa na nas, cała siła gwiazd i pozwala nam czynić cuda.
Biada temu, kto usłyszy te słowa.Bo uwierzył w cuda dopiero gdy magiczne chwile życia odeszły na zawsze
Kiedy nikogo nie będzie i pomyślisz, że nikomu nie zależy. Kiedy cały świat opowie się przeciwko Tobie i poczujesz się osamotniony.... Ja będę obok.
Kiedy ten na kim najbardziej Ci zależy, nie będzie dbał o Ciebie. Kiedy ten, komu dasz swoje serce, rzuci Ci je w twarz.... Ja będę obok
Kiedy osoba, której zaufałeś zdradzi Cię. Kiedy ten, z którym dzielisz wszystkie myśli i tajemnice, nie będzie pamiętał nawet o Twoich urodzinach.... Ja będę obok
Kiedy wszystko, czego będziesz potrzebował, to ktoś, kto Cię wysłucha. Kiedy wszystko, czego będziesz potrzebował, to ktoś, kto otrze Twoje łzy.... Ja będę obok
Kiedy Twoje serce będzie tak bolało, że nie będziesz mógł nawet oddychać. Kiedy będziesz chciał już tylko położyć się i umrzeć...Ja będę obok
Kiedy zaczniesz płakać słysząc smutną piosenkę. Kiedy łzy nie będą chciały przestać płynąć.... Ja będę obok
Więc widzisz, będę obok aż do końca. To jest obietnica, którą mogę Ci dać. Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebował, po prostu daj mi znak i znajdę się obok.